zdj. "Escalator", Mt Johnson. Orientacyjny przebieg drogi, dolna jej część jest na tym zdjęciu niewidoczna.
W ciągu kilku następnych dni pogoda nieco się pogorszyła a temperatura spadła. Gdy tylko nastąpiło krotka poprawa postanowiłem uderzyć na Mt Johnson drogą „Escalator” 1200 m. Mała liczba wejść na szczyt z pewnością kryła w sobie jakąś niespodziankę a mnie aż korciło, aby ja poznać!
Pod ścianę podszedłem z Bogusiem. Tak wyglądała nasza taktyka gdy w grę wchodziły szczeliny. Po szybkim przeszpejeniu o 9 rano ruszyłem do góry.
Z powodu wytopionego ze skały śniegu wejście w drogę było możliwe jedynie przez 50m ścianę lodu WI4. Po jej przejściu terenem o nachyleniu 75stopni doszedłem pod wąski mixtowy kuluar z miejscami WI4+, M4. Skąpa w tym sezonie ilość lodu oraz niezwiązany śnieg spowodowały pojawianie się kilku ciekawych miejsc. Pod jednym z nich skapitulował wspinający w tym okresie zespół amerykanów. Mt Johnson słynie ze słabej jakości skały co muszę niestety potwierdzić. Po przejściu ok. 1000m drogi i wyjściu na grań byłem przekonany, że wspinanie mam już za sobą. Jak się później okazało, byłem w błędzie. Na 200m odcinku ostrej, wypchanej serakami grani napotkałem dwa skalne, kruche progi (V). Nieco wyżej z pozoru bezpieczny trawers ostrzem grani okazał się bardzo ryzykowny. W pełnym słońcu drastycznie wzrosło zagrożenie lawinowe. W takim miejscu dwójkowy zespół z lotną asekuracja nie doświadczył by większych emocji, jednak dla mnie każdy błąd mógł skończyć się u podstawy ściany. Po 6,5 h od rozpoczęcia wspinaczki stanąłem na szczycie, było pięknie!. Po krótkim odpoczynku i łyku herbaty rozpocząłem zejście oraz eksponowane zjazy wiszącym lodowcem do podstawy ściany.
Po zejściu do bazy dotarły do nas najświeższe prognozy. Jutro nadchodzi dłuższe załamanie pogody. Zważywszy na to, że jego koniec pokrywał by się z naszym wylotem z doliny postanowiliśmy ewakuować się z niej nieco wcześniej. Następnego dnia wraz z kilkoma innymi zespołami opuściliśmy lodowiec.
Zarówno na lodowcu jak i po powrocie zadawałem sobie pytanie, a co z Dickey? Oczywiście mogłem wejść turstyczną drogą dookoła masywu i po prostu zaliczyć górę. Teoretycznie zrealizować założony plan. Stwierdziłem jednak, że nie warto iść na łatwiznę, liczyła się ściana...
zdj. Warunki na Mt. Dickey były dla mnie prawdziwym ciosem!
Dziękuję firmom Himountain, Zajo oraz PKA www.wyprawy.net za zaopatrzenie mnie w odzież umożliwiającą komfortowe noce i sprawną wspinaczkę.
Do końca maja na stronie „4zywioły” pojawią się szersze informacje o rejonie, testowanym sprzęcie. Pełna galeria zdjęć z wyjazdu oraz wspinu ukaże się po powrocie Bogusia z Meksyku, wszyscy trzymamy kciuki, żeby nie dał się świńskiej grypie!
Dziękuję wszystkim, którzy śledzili losy wyprawy i wspierali mnie w trakcie jej organizacji.
zdj. Marcin Tomaszewski, Boguś Magrel www.wyprawy.net
Marcin Yeti Tomaszewski
www.geronimo.civ.pl